Porównywanie swoich wyników biegowych to nieodłączna część treningu. Nawet jeśli rezultaty na poziomie mistrzów olimpijskich są poza naszym zasięgiem, to ambicja biegacza i jego naturalna wola walki podświadomie skłaniają nas ku klasyfikacjom i zastanawianiu się, czy nasze wyniki zaliczają się do słabych, przeciętnych czy dobrych.
Na początku warto zaznaczyć, że rolą tego tekstu nie jest w żadnym wypadku przekonywanie nikogo, że jego czasy są kiepskie, ani utwierdzanie innych w przekonaniu, że osiągane wyniki powinny ich zadowalać. Wszystko z prostej przyczyny: każdy z nas biega z inną częstotliwością, ma inne ku temu warunki, biegamy po różnych podłożach… Inne czasy osiągamy trenując interwały, jeszcze inne podczas startów w zawodach. Do napisania tego tekstu skłonił mnie raczej fakt, że wielu biegaczy, czy to w dyskusjach na forach internetowych, czy przy okazji zawodów, wygłasza nieśmiertelną regułkę: „Mój czas na 1000 metrów wynosi (tu pada wynik). To dobrze czy źle?”. Najtrafniejsza odpowiedź na takie pytanie mogłaby brzmieć: „Dobrze jest wtedy, kiedy systematycznie poprawiasz swój wynik”. Bo świadczy to o tym, że obciążenia treningowe dobieramy odpowiednio, zgodnie z możliwościami naszego organizmu. Owszem, można wyszukiwać w internecie tabele z wynikami i próbować się klasyfikować. Pamiętajmy jednak, że dla kogoś, kto regularnie trenuje, a natura obdarzyła go świetnymi warunkami fizycznymi, wynik poniżej 40 minut na 10 km będzie standardowym rezultatem, inni mogą tej granicy nigdy nie złamać. Pamiętajmy, że bieganie w pierwszej kolejności ma przynosić nam radość i satysfakcję. Dobre wyniki są ważne, ale powinny być na drugim miejscu. Bo nie da się ich osiągać, kiedy bieganie będzie wyłącznie przymusem. Warto więc biegać w takim tempie, które pozwala na regularne kontrolowanie swojego oddechu, nie powoduje nadmiernego zmęczenia mięśni i nie obciąża przesadnie naszych stawów. To gwarantuje pewność, że wyniki będą optymalne.